Aleksandra S. wzięła udział w naszym niesamowitym konkursie! Oto jej pomysł na rozdział. Ps. Już nie będziemy używać małpek! Jutro kolejny rozdział! I to dosyć długi!



-Nie wiem co zrobić mojej Mamie na dzień matki... - powiedział zakłopotany Kuba

-Ja też! Nawet nie mam za bardzo kasy... Mam taki pomysł... - powiedział Owad

-Confetti można zrobić z papieru kolorowego. Mogę również zrobić tort! - przerywał Ksiądz

-A więc mój pomysł to...

-Impreza będzie u mnie! - zaproponował Maek

-A więc...

-To cześć! Ja już muszę lecieć - pożegnał się Apcio

U księdza...

-No to wie ktoś jak się piecze ciasto?

-Tu mam przepis - Ksiądz wyciągnął wielką zakurzoną księgę z napisem "Seksowni Ministranci"

-O nie! To nie ta książka! - sięgnął po książkę z przepisami i otworzył na stronie zaznaczonej czerwoną zakładką.

-Co to jest? - zapytał Owad

-Ciasto czekoladowe, już przygotowałem składniki... Ale zaraz! Brakuje mi grzybów! - powiedział zmartwiony ksiądz.

-Mogę Ci trochę użyczyć... - powiedział ściągając buty

-Nie, dziękuję! - cała grupka odpowiedziała stanowczo

-Obędzie się bez grzybów... - zapewniał ksiądz

-To do oboty! - powiedział Maek który nie potrafił wymówić "r"

Po skończonej pracy, ksiądz owinął tort folią, aby nie było widać co się tam znajduje.

-Ale syf! - stwierdził ks. Bartek

-Weź nie przesadzaj! - powiedział Owad

-Nie mogę żyć w takim BURDELU! - krzyknął ksiądz

Owad, ks. Bartek oraz Maek zaczęli sprzątać kościół.

-Jeszcze tam! - wskazał ks. Bartek - Tylko UWAŻAJ NA TORT!

Po chwili nieuwagi, Maek poślizgnął się na skórce od banana, zarył twarzą spadając z drugiego piętra kościoła i przerwał msze spadając prosto na kapłana prowadzącego uroczystość. Po ogromnym upokorzeniu, każda z babć zaczęła buczeć na Maeka.

-Złaź ze sceny! - krzyczała jedna

-Ty bezbożniku! - odwrzasnęła inna

Po serii wyzwisk, Maek tak bardzo się zdenerwował ,że zaczął przeklinać na emerytki. Proboszcz oblewał go wodą święconą, myśląc ,że chłopak jest opętany. Maek nie pozostawał im dalej dłużny;

-Incendio! - powiedział fan Harego Pottera ,gdy wyrwał ze świecznika i rzucił w emerytki palącą się świeczkę. Cały kościół stanął w płomieniach.

-Nie! Dlaczego!? - wrzeszczał Ksiądz Bartek - Maek! Zostajesz wyrzucony z kościoła chrześcijańskiego na zawszę! Dum, dum dum!

-Założę własną religię! Potterianizm!

-Przykro mi! A teraz musimy się ewakuować!  - powiedział szykując siebie i swoich znajomych do ucieczki.


Gdy już wszyscy, za wyjątkiem obrażonego księdza, byli w domu Maeka dzwonili po swoje Mamy.

Tymczasem do rezydencji rodziny Apcia zadzwonił telefon. Piesuniek będąc sam, odebrał głośno dzwoniący telefon.

-Halo?

-Za "Halo" to w mordę dają! - Piesuniek zirytowany się rozłączył. Nagle ponownie zadzwonił telefon

-Weź się  odwal!

-Ale ja tutaj pierwszy raz dzwonię...

-Aha, przepraszam!

-Rozmawiam z rodziną która powiedziała o tej suczce która była bita?

-Tak! Co jest!? - wrzeszczał Piesuniek

-Jestem zobowiązany powiedzieć, że nikt Jej nie zaadoptował. Biedna zmarła z wygłodzenia. Tzn. są różne tego przyczyny...

-Co?!

-Bo śmierć była wieloetapowa...

-Co to znaczy?

-Została pogryziona przez 3 inne psy, później dostała zawału, przejechał ją szybko-pędzący samochód, no i umarła z głodu... Przykro mi... Halo...? Ktoś tam jest? - nikt nie odpowiadał

-Halo? Apcio?! MUSIMY gdzieś jechać! I to szybko! - Piesuniek zadzwonił do Kuby

-Nie mogę teraz... Jestem na dniu matki... przecież wiesz...

-Ja już nie mam Matki! ZROZUM! - rozpłakał się

-Dobrze... za 10 minut będę pod tym schroniskiem...

-Okay!

Obydwoje się spotkali pod umówionym miejscem.

-Ale jak to nie masz Mamy... Przecież tu była...

-No wiem... Ale zadzwonili do domu i mi to powiedział schroniskarz!

-Jaki schroniskarz?

-No wiesz! - powiedział ze łzami w oczach

-Przepraszam, bo do nas zadzwonił weterynarz... Powiedział ,że Mama mojego psa nie żyje...

-Tak, niestety to prawda! Dzisiaj umarła pewna suczka

-Śmierć była aż tak tragiczna?!

-Niestety...

-Możemy je chociaż obejrzeć? Wie pan, ostatni raz!

-No dobrze...

Gdy już doszli do miejsca zwłok, @Piesuniek był strasznie zaskoczony.

-To nie jest moja Mama! Ona jeszcze żyje!

-Jak to? To jest Cindy...

-Ale moja Mama to Nina! Ona jeszcze żyje!

-W takim razie musiał być błąd! Ona musi żyć! Jak miała na imię?

-Nina! - powiedział zadowolony

-Niestety, Nina też niedawno umarła... przykro mi

-Ty sobie żartujesz?!

-Niestety nie...

-Zaraz! Ale ja ją czuję!

-A to był York tak?

-Nie! Labrador...

-A! Bo mieliśmy dwie Niny, czyli Twoja Mama jednak żyje.

-Za chwilę przeżyję zawał!

Gdy już doszli do schroniska Nina okazała się być cała i zdrowa. Bo dłuższym obwąchiwaniu ogonów psy mogły wrócić do swoich codziennych czynności. Tak oto zakończył się ten oto emocjonujący dzień.